Miałem zawołać Julay i
Harrego na obiad. Podszedłem do drzwi i już chciałem pukać, kiedy
usłyszałem dziwne dyszenie. Moja pierwsza myśl to:” Co oni tam
robią?!”, już chciałem wtargnąć tam bez pukania i przerwać im
tą sielankę, jednak postanowiłem jeszcze chwilę posłuchać.
W końcu nie wytrzymałem!
Czy oni nie są za młodzi na TO?!
Otworzyłem z hukiem
drzwi i co ujrzałem?!
Harry:
Siedzieliśmy sobie z Juls
na dywanie przy łóżku. Blondynka bacznie przyglądała się
pudełku plasteliny od Eleonor. W pewnym momencie odrzuciła je do
tyłu tak, że spadło na świeżą pościel, a sama wstała i
skierowała się do małego stolika stojącego w rogu pokoju i
zrzuciła na podłogę wszystko co na nim leżało. Jej poczynania z
zaciekawieniem śledziła Darcy leżąca na moich kolanach. Julay
przeniosła mebel koło mnie i poczęła rozglądać się po pokoju.
Kiedy dostrzegła prezent od dziewczyny Louisa chwyciła go w swoje
zgrabne palce i zaczęła rozdzierać tekturkę. Rozpakowaną
plastelinę położyła na stoliku i uśmiechnęła się do mnie.
-Robimy olimpiadę-rzekła.
-Co?!-zdziwiłem się-Jaką
olimpiadę?
-No plastelinkową!-pacnęła
się w czoło-Jedna osoba będzie zawodnikiem, a druga trenerem...
-Ja jestem
trenerem!-wykrzyknąłem i zabrałem się do lepienia swojego
ludzika.
***
-Uch! Uch! Uch!-dyszała
dziewczyna biegając swoim ludzikiem naokoło stołu.
-Szybciej! Dasz
radę!-dopingowałem jej zawodniczkę.
Dziewczyna zaczęła
jeszcze bardziej udawać, że dyszy. Nie powiem, szło jej nieźle.
Mogłaby zostać aktorką...
-Co wy... uf!-spojrzeliśmy
zdziwieni na Liama, który stał w drzwiach pokoju. Wyglądał jakby
właśnie poczuł ogromną ulgę.
-Myślałem, że... A nie
ważne! Macie zejść na obiad-i już go nie było.
Spojrzeliśmy z Juls po
sobie, a następnie wybuchliśmy śmiechem, domyślając się co Liam
sobie pomyślał słysząc te dyszenie Julay.
_______
Głupi mały kawałek rozdziału! Miał być dłuższy a wyszedł taki byle jaki i w ogóle! Nawet do pottarcia tyłka się nie nadaje, ale... EH! Nie ważne.
Mam do was pytanie! Ile z was czytałoby moją nową historię bez udziału 1D?
fragment:
"-Świetnie!-ucieszyła
się właścicielka czekoladowych włosów.-Jestem Gerard.
Wszystkie oczy momentalnie skierowały się w jej stronę. Jak to
możliwe, że taka piękna, zgrabna, młoda kobieta ma na imię
Gerard?!
-Mówiłem
ci, żebyś przestała się tak wszystkim przedstawiać-zachichotał
chłopak o blond czuprynie, który właśnie wrócił z toalety.
Wiedział, że jak zostawi swoją przyjaciółkę na chodź chwilę
samą, ona zaraz się zbłaźni. Taka była już jej natura.
-Zamknij
się!-odpyskowała.-Jestem Gerard i koniec kropka-posłała
dziewczynom szczery uśmiech.
Paweł,
bo tak miał na imię owy roześmiany blondyn, objął ją ramieniem
i sprostował:
-To
Gabryśka ale lepiej będzie dla was, jeśli będziecie ją nazywać
tak jak sobie życzy.
Na te słowa reszta towarzystwa się zaśmiała."
Fragment dedykowany dla Gabi XD kocham cię siostrzyczko lamciu ninjo! Lamciaaaa
A teraz taka gra! 30 komentarzy=nowy rozdział! Ha ha ha nie dacie rady! Muahahaha! Ale i tak na was liczę ;D
P.S. Do Madzi i Gabi:
Zauważyłyście, że każda z nas pisze inaczej tą buźkę "XD" ? Ja: XD, Gabi xD, Madzia x D
Ha ha ha wy macie takie zgrabniutkie, a ja taką grubaśną XD
Stałam przy blacie w
kremowej kuchni i piłam wodę. Byłam wycieńczona kolejnym W-Fem,
którego uczył Louis. Harry powiedział, że w drugim semestrze
zapiszemy się do prawdziwej szkoły. Z jednej strony się cieszę,
bo z tymi wariatami nie da się niczego nauczyć, ponadto mamy z
Hazzą w planach przetestowanie na nauczycielach nowego chwytu... a z
drugiej trochę szkoda, że skończy się obijanie i w prawdziwej
szkole lekcje nie będą tak wesołe.
Rozległ się dzwonek do
drzwi. Rozejrzałam się po pomieszczeniu, w poszukiwaniu kogoś, na
kogo mogłabym zwalić obowiązek przyjęcia gościa, jednak nikt
taki nie znalazła się po ręką. Zrezygnowana podeszłam do drzwi
wejściowych.
Otworzyłam je, a moim
oczom ukazała się nie wysoka brunetka obładowana siatkami. Jej
falowane włosy spięte były w wysokiego kucyka, a pojedyncze
kosmyki muskały jej rumiane policzki.
-Jest Louis?-spytała
słodkim głosem uśmiechając się przy tym przyjaźnie.
Skinęłam głową na
potwierdzenie i zaprosiłam ją do środka. Weszłyśmy do salonu, a
ja wydarłam się na cały dom:
-LOUIS!!!!!
Pasiasty zbiegł po
schodach na dół. Kiedy tylko spostrzegł dziewczynę stojącą koło
mnie, wyraz jego twarzy diametralnie się zmienił. Ze
zdezorientowania w szczery uśmiech. Nie minęła chwila, a już stał
ściskając w swoich ramionach drobną osóbkę.
-Julay, to Eleonor, Eleonor
to Julay- przedstawił nas sobie.
-Miło mi cię
poznać-powiedziałam nieśmiało.
-Mnie również-
odpowiedziała wesołym głosem brunetka i postawiła trzymane
wcześniej w rękach siatki, na stole.
-Chłopaki!-krzyknęła, ale
mimo to w jej wykonaniu brzmiało to bardzo melodyjnie.
Jak jeden mąż całe
One Direction zjawiło się w salonie.
-Eleonor!-krzyknęli i
rzucili się na biedną El.
-Tez się cieszę, że was
widzę-rzekła-ale możecie mnie puścić? Duszę się....
Harry, Liam, Niall i
Zayn momentalnie od niej odskoczyli.
-Masz coś dla nas?-spytał
Nailler, a reszta skarciła go wzrokiem.
-Oczywiście!-krzyknęła
uradowana dziewczyna.
Wydawała się bardzo
wesołą osobą. Wiecznie uśmiechniętą i pogodną. Wyciągnęła z
siatek produkty i zaczęła wymieniać:
-W Asdzie* była przecena,
więc wzięłam ci dwie musztardy-zwróciła się do blondyna, a ten
zachwycony zgarnął prezent w swoje ramiona.
-Loui nie wiedziałam czy
wolisz azjatyckie, czy europejskie i wzięłam obie odmiany-podała
Louisowi siatkę marchewek.
-Zobacz co udało mi się
zdobyć!-krzyknęła podniecona do Zayna bacznie wpatrującego się w
pudełeczku żelu do włosów, które brunetka kurczowo ściskała w
dłoniach.
-Jak ci się udało go
zdobyć?-zachwycił się mulat.
-Ma się swoje kontakty-
uśmiechnęła się chytrze i wyjęła z siatki podłużne pudełeczko
i podała Liamowi.
-I jak ci się
podoba?-spytała zachęcając mojego kuzyna do otworzenia prezentu.
Zrobił to. W środku
znajdował się widelec, ale nie taki zwykły...
-Kocham cię!-krzyknął
Liam przytulając drobne ciałko El.
-Ej!-oburzył się Louis i
również wtulił w dziewczynę.
-Dobra-powiedziałam już
ośmielona-Dajcie jej się chociaż rozebrać.
Momentalnie całe
towarzystwo spojrzało na brunetkę. Eleonor zwinnym ruchem zsunęła
z ramion granatowy płaszczyk, a mój kuzyn, jak na dżentelmena
przystało, powiesił go na wieszak.
-O! A dla Harrego mam...-nie
dokończyła, bo Loczek od razu wyrwał jej z rąk całą siatkę
czekoladowych batoników.
-Twixy z przeceny-krzyknął
podekscytowany.
Wszyscy zgodnie
zaśmialiśmy się, z radochy Lokowatego, a Elka z powrotem zajrzała
do swojej „magicznej siatki”.
-Tylko mi tu nie myśl, że
o tobie zapomniałam! O co to to nie!-zaśmiała się do mnie i
schowała coś za plecami.-Nie wiedziałam za bardzo co ci kupić, a
z tego co opowiadał Louis to powinno ci się spodować!-to mówiąc
podała mi opakowanie kolorowej plasteliny.
-Serio?-Spytałam marszcząc
brwi i patrząc się na nią spod byka.-Harry mamy plastelinę! Jupi!
Ou jea! Acha! Mamy plastelinę!-zaczęłam skakać i krzyczeć po
pokoju.
***
PERSPEKTYWA LIAMA:
Miałem zawołać Julay i
Harrego na obiad. Podszedłem do drzwi i już chciałem pukać, kiedy
usłyszałem dziwne dyszenie. Moja pierwsza myśl to:” Co oni tam
robią?!”, już chciałem wtargnąć tam bez pukania i przerwać im
tą sielankę, jednak postanowiłem jeszcze chwilę posłuchać.
W końcu nie wytrzymałem!
Czy oni nie są za młodzi na TO?!
Otworzyłem z hukiem
drzwi i co ujrzałem?!
__________
I teraz zadanie dla was! Co ujrzał Lim wchodząc do pokoju Julay i Harrego?
No to tak:Przepraszam, że rozdział taki krótki i tak późno, jednak mam nadzieję, że pocieszy was fakt, że druga jego część już w weekend.
Druga sprawa:Jeśli dotychczas czytałam twojego bloga, a nie napisałam ci jeszcze komentarza pod ostatnią notką, to znaczy, że przeczytałam go na komórce a potem zapomniałam skomentować. Bardzo proszę takie osoby, o przypomnienie mi w komentarzach, że mam do was jeszcze raz zajrzeć. W ogóle to ożecie podawać mi swoje blogi. Jak znajdę czas przeczytam XD
Rozmawiałem sobie z
Kasandrą. Byłem zły na moich przyjaciół, że naśmiewali się z
niej praktycznie nic o niej nie wiedząc. Gdyby wiedzieli że jest
niewidoma nie dokuczali by jej. Gdyby wiedzieli jak miała w życiu
ciężko, było by im głupio... No właśnie-gdyby. Ale oni nie
mieli o niczym pojęcia. Chociaż z drugiej strony to ich wcale nie
upoważnia do nabijania się z tej biednej dziewczyny. Przecież nie
można nikogo osądzać, przed jego poznaniem. To nie logiczne i nie
ludzkie. Nie. Właściwie to bardzo ludzkie. Bardzo ludzkie dlatego,
że my już tak mamy. Jesteśmy często chamscy i wredni bez powodu.
Mało kto wykazuje współczucie i szczere chęci pomocy bliźniemu.
Ludzka natura...
-Hej jestem
Julay!-powiedziała moja przyjaciółka podchodząc do nas.
Wyciągnęła do Kasandry
rękę na przywitanie, ale ta z wiadomych powodów nie zwróciła na
nią uwagi. Blondynka zdziwiła się tym faktem i za pewne uznała to
za nie grzeczne. Kasi zrobiła zdziwioną minę, przyłożyła rękę
do ust i zapytała:
-TA Julay?-za pewne chodziło
jej o te wszystkie rzeczy jakie jej o niej mówiłem...
-Zależy co mam rozumieć
przez Ta-zaśmiała się Juls mrużąc zabawnie swoje grafitowe oczy.
-No...-zaczęła ruda, ale
szybko zasłoniłem jej buzię rękom.
Myślałem, że się tam
spalę ze wstydu. Blondynka tylko wzruszyła ramionami i mierzyła
mnie podejrzliwym wzrokiem.
-Tak to TA-wyjaśniłem
szybko i chciałem jeszcze coś dodać, ale Kasandra zadała pytanie,
które uratowało mi życie:
-Właśnie szliśmy do
kawiarni. Idziesz z nami?
Julay uśmiechnęła
się ukazując białe, proste zęby po czym kiwnęła głową na
„tak”.
Wziąłem właścicielkę
zjawiskowych, niebieskich źrenic pod ramię, tak aby nie potknęła
się, bądź nie zboczyła z drogi. Wiadomo, że jest jej ciężko, a
ja chciałem chodź trochę ułatwić jej życie. To nie fair,że
taka pogodna i miła osoba jak ona ma zawsze pod górkę. Nie
zwracając uwagi na moją przyjaciółkę ciągnącą się gdzieś z
tyłu, ruszyłem w kierunku małej, brązowej budki.
***
-A więc przez ponad
dziesięć lat byliście wrogami, a teraz tak nagle zostaliście
najlepszymi przyjaciółmi?-wytrzeszczyła swoje lazurowe oczy ze
zdziwienia.
Oparła się na ręce i
co kilka sekund pociągała ciepły napój przez rurkę. Widać było,
że zaciekawiła ją nasza historia, choć szczerze mówiąc nie ma w
niej nic niezwykłego.
-To nie do końca było
tak-zaczęła wyjaśniać Juls uśmiechając się pogodnie i nerwowo
stukając palcami o lśniący blat stolika. Spojrzała się na mnie
błagalnie.
-W sumie to zawsze nas coś
do siebie ciągnęło. Zawsze trzymaliśmy się w pewien sposób
razem-dokończyłem-Ale to przeszłość. Nie wracajmy już do
tego-poprosiłem. Wstydziłem się mojego zachowania w stosunku do
Julay w tamtym okresie.
-A teraz twoja
kolej-zarządziła blondynka zwracając się w stronę Kasandry.
-No dobrze-powiedziała nie
chętnie ruda. Wiedziałem, że jest jej ciężko o tym mówić,
mimo to zaczęła:
-Moja historia zaczyna się
w dość nie typowy sposób. Można powiedzieć, że miałam wielkie
szczęście w nieszczęściu. Podobno, tak przynajmniej mówiły mi
opiekunki z domu dziecka-na te słowa niebieskooka spuściła głowę
w dół, tak że miedziane kosmyki delikatnie muskały stół -jakaś
kobieta znalazła mnie płaczącą na śmietniku koło szpitala.
Strasznie się przejęła i od razu zaniosła do placówki. Mówiły,
że gdyby nie ona na pewno bym nie żyła. Kiedy miałam miesiąc
trafiłam do sierocińca, gdzie spędziłam resztę życia.-zawiesiła
głos. Spojrzałem ukradkiem na Julay. Miała łzy w oczach, widać
że współczuła Kasi. Chyba każdego jej opowieść chwyciłaby za
serce. Ja również czułem rosnącą gulę w gardle, choć słyszałem
ją powtórnie.
-Nie miałam tam łatwo-ruda
kontynuowała-Nie dość,że jestem ruda, to jeszcze nie widoma.
-Co?!-krzyknęła Juls
chwytając się za głowę-O matko! Jak ty sobie radzisz?-wydukała
po czym wstała z krzesła i mocno przytuliła Kasandrę, po której
bladym policzku toczyła się słona łza cierpienia.
______________________________________
Hej kochane! Sorki, że rozdział, na dodatek taki debilny, dodaję tak późno, ale szczerze mówiąc to mi się wcześniej pisać nie chciało. Za bardzo jaram się Take Me Houme ;)
Bardzo, bardzo dziękuję za wszystkie komentarze i za to że jesteście ze mną, po mimo moich błędów, nie dociągnięć i debilnych rozdziałów ;)
Szczególnie pozdrawiam:
Madzię- moją kochaną siostrunię :* (nie mogę się doczekać kolejnej dziwnej rozmowy na gg ;D)
Sophie-moją drugą siostrzyczkę :* ( jej drugi blog, który z całego serca polecam ;D--> klik)
Martynce :D-mojej kochanej :*(dzięki za namówienie do założenia tt XD)
Oli-ona już wie, że o nią chodzi ;) (Pamiętam, ze czekam na gg na 1 rozdział ;) ja nie odpuszczę kochana XD)
I wszyyystkim w całej Polsce i za granicą!!! Kocham was skarby :*
Tak co do następnego rozdziału... Będzie chyba trochę nudnawy, ale w 22 będzie się działo ;)
To nie rozdział. Trak bardzo was kocham, że chociaż sama nie obchodzę tego święta, postanowiłam napisać dla was coś w rodzaju krótkiej historyjki. Nie będzie powiązana z opowiadaniem, bo jeśli uważnie czytaliście, Harry pojawił się dopiero w listopadzie. To będzie coś w rodzaju takiego dodatku. Odcinek specjalny? Napisane jak zwykle z perspektywy Juls,
Hallowen, dom One Direction w Londynie, 16:30
-Będzie Party HARD!-krzyknęłam zachwycona wkładając chipsy do miski.
-Oj Juls-powiedział Harry i z dezaprobatą pokręcił głową-Przecież każdy wie, że nie ma PARTY HARD bez alkoholu...
-Ale jesteśmy niepełnoletni-upomniałam go.
Harold uśmiechnął się cwaniacko i zza pleców wyciągnął paczkę cuksów, podetknął mi pod nos i rozkazał:
-Czytaj skład!
Wytężyłam wzrok, ponieważ trudno czyta się takie małe literki, zwłaszcza gdy ktoś dosłownie wkłada ci je do oczu.
-Tłuszcz roślinny utwardzony, serwatka, alkohol 9%...-czytałam.
Styles zabrał mi woreczek z przed oczu i uśmiechnął się triumfalnie.
-Uważaj, bo jak zjesz tego 10kg możesz mieć kaca jutro-zakpiłam.
Kiedy skończyliśmy już przygotowania do Halloween`owej imprezki poszliśmy na górę do pokoju. Ponieważ to miało być coś w rodzaju balu przebierańców, ubrałam się w strój wiedźmy.
-Pasuje do ciebie-zaśmiał się Harry wychodząc z łazienki.
-Prawda?-uśmiechnęłam się i zmarszczyłam brwi.-Twój do ciebie też.-dodałam patrząc na jego strój kota.-Będziesz moim kotem podwładnym.
-Phi-prychnął-Ja przynajmniej jestem słodki...
Machnęłam tylko na niego ręką i wyszłam z pokoju. Zeszłam na dół do salonu. Nie było nikogo. Udałam się do kuchni. Tam również pustka.
-Chłopaki!-zawołałam, ale odpowiedziały mi tylko głuche kroki Harrego wchodzącego do kuchni.
-Ty też ich szukasz?-spytał.
-Noo-odpowiedziałam i zawołałam ponownie-Chłopaki to nie jest śmieszne!
Nagle zadzwonił dzwonek do drzwi. podskoczyłam przerażona przeszywającym dźwiękiem urządzenia. Nie to, żebym się bała, ale byłam skupiona a wiecie jak to jest...
Harold poszedł otworzyć i już po chwili z salonu dobiegły mnie wesołe okrzyki i śmiechy. Poszłąm zobaczyć kto to i, jak się można było domyśleć, okazało się, że to goście przyszli.
Czas zacząć PARTY HARD! Całkowicie zapomniałam, że nie ma z nami chłopaków...
Wybiła północ. Nagle muzyka ucichła, a wszyscy udzie stanęli w miejscu i tempo patrzyli się przed siebie. Zaczęłam nerwowo się rozglądać po salonie. Dostrzegłam go stojącego na schodach i również rozglądającego się w poszukiwaniu kogoś lub czegoś. Bez chwili namysłu poczęłam przepychać się przez wszystkich gości stojących jak zaklęci.
Kiedy już dopchałam się do przyjaciela i położyłam mu rękę na ramieniu. Ten podskoczył przestraszony i spojrzał w moją stronę. Odetchnął z ulgą, kiedy zobaczył, że to tylko ja.
-Co tu się dzieje?- Spytał niepewnie.
-Nie wiem-wydukałam i odwróciłam się w stronę gości którzy nadal stali w tych samych miejscach i tampo wpatrywali się w przestrzeń.
Usiadłam na schodach, a Harry koło mnie. Podparłam głowę na rękach i pogrążyłam się w ciszy panującej w całym domu.
-Buuuuuu!-usłyszałam nagle i pisnęłam przestraszona.
Harold zareagował tak samo. w tym samym czasie odwróciliśmy się do tyłu, skąd dobiegło nas to wycie.
Ujrzałam czwórkę naszych przyjaciół przepranych w stare prześcieradła z wyciętymi dziurkami na oczy... Duchy? Orginalnie.
KONIEC
I jak? Wiem, nie jest to najlepsze co mogłam napisać, ale trochę się spieszę, bo idę dziś na imprezkę do Ady. Widzicie jak się da was staram? ;D
Słońce było już
wysoko na niebie. Ptaki, które nie opuszczają nas, by uchronić się
przed zdradliwą zimą, poćwierkiwały wesoło, wtórując szumowi
prawie całkiem gołych gałęzi. Liście wirowały w powietrzu
niesione podmuchami mroźnego wiatru. Można by powiedzieć: idealna
pogoda na jesienny spacer.
Chodziliśmy alejkami
parku zatopionego w ciepłych barwach. Nie przejmowaliśmy się
zbytnio, że idąc ścieżką w szóstkę osób możemy torować
przejście. Szliśmy raźno i nie zwracaliśmy uwagi na
zaciekawionych gapiów bez wstydnie śledzących każdy nasz ruch.
Ale co się dziwić? Chłopcy byli w końcu sławni. Na nasze
szczęście nikt tego dnia nie miał odwagi(?), ochoty(?) podejść
do nich i zagadać, poprosić o zdjęcie, czy autograf.
-Głodny jestem-zbuntował
się blondyn poprawiając niebieską czapkę zjeżdżającą mu co
chwile na oczy.
Zaśmiałam się cicho
widząc jego minę. Zaczęłam się rozglądać w poszukiwaniu
jakiegoś puntu mogącego chodź trochę zaspokoić głód Nialla. Na
horyzoncie, w samą porą, pojawiła się urocza kawiarenka.
-Chodźmy tu-powiedziałam
wskazując palcem na uprzednio wypatrzony przeze mnie obiekt.
***
-Mmmm... Pyszna ta gorąca
czekolada!-zachwycał się Zayn, kiedy wyszliśmy już z małej lecz
przytulnej kawiarenki.
Pomimo chłodnego wiatru
oplatającego nasze dłonie i twarze, nam było ciepło. Samo
towarzystwo tak wspaniałych ludzi sprawiało, że na sercu robiło
się cieplej, a jeszcze jak się trzymało w ręku kubek gorącej
czekolady, to już w ogóle było ciepło.
Skierowaliśmy się w
szóstkę w stronę nieczynnej już fontanny. Dookoła obiektu był
placyk, a na nim czarne, smukłe ławki. Na jednej z nich siedział
starszy pan owinięty szczelnie czerwonym szalikiem. W ręce trzymał
suchy kawałek chleba, który sprawiedliwie dzielił na wszystkie
gołębie żebrzące u jego stóp.
Skierowałam się na
jedną z takich ławek, by odpocząć chwilę. Co jak co, ale
chodzenie w grubej kurtce nie należy do najprzyjemniejszych. Wiem,
że bez niej na pewno bym zamarzła, co najmniej byłoby mi zimno,
więc nie sprzeciwiałam się co do ubioru. Chłopcy jak cienie
podążali za mną, a kiedy już przysiadłam, niezwłocznie zajęli
miejsca obok mnie. Ławka nie była duża, a nas była szóstka w
efekcie czego Harry został bez miejsca. Aż dziw, że w ogóle
pomieściła pięć osób! Wyglądała na co najwyżej trzy!
Zlitowałam się nad
biednym Stylesem stojącym koło nas i przestępującym z nogi na
noge, by się rozgrzać i wstałam z mojego miejsca każąc mu na nim
usiąść. Niestety on za nic nie chciał, w efekcie czego zanim się
odwróciłam reszta zespołu zdążyła wygodnie się na nim
rozłożyć.
-Osz wy!-krzyknęłam na
widok czwórki facetów zalegających na ławce.
Spojrzałam znacząco na
Harolda, a ten w odpowiedzi kiwnął głową. Policzyłam w myślach
do trzech i razem z Loczkiem, z rozpędu wskoczyliśmy na naszych
przyjaciół.
-Ałłłłłłłłłłłłlll-
jęknęli zgodnie, na co ja i Harry zareagowaliśmy śmiechem.
***
-Patrzcie na nią-zaczął
się śmiać Louis wskazując palcem na dziewczynę dziwnie się
poruszającą.
Chodziła jakoś inaczej
i w ogóle była dziwna...
Wszyscy z wyjątkiem
Harrego zaczęliśmy się z niej śmiać. Spojrzałam na Stylesa.
Miał taką minę, jakby chciał się nas spytać:”macie jakiś
problem?!” Co mu odbiło?
Nagle wstał gwałtownie
i podszedł do dziewczyny. Zaczął z nią rozmawiać, śmiać się,
a ja poczułam takie dziwne uczucie. Jakby kłucie w okolicy serca i
wewnętrzna złość pomieszana z żalem...
Kiedy mieli już
odchodzić nie wytrzymałam. Wstałam nie mniej gwałtownie niż on i
podeszłam do nich...
_______________________________
Wiem, że krótkie, ale bardzo chciałam dodać coś nowego dzisiaj, więc podzieliłam rozdział na dwie części.
Jak wrażenia po "Little Things"? Ja ciągle nie mogę przestać gwałcić "replay" :D
I jak nowy wygląd bloga? Doszłam do wniosku, że tamten był zbyt smętny, a przecież ta historia to jedna wielka komedia! Dodam też, że ten blog nie będzie taki jak pozostałe... Dlaczego myślę, że dojdziecie po przeczytaniu całej historii która zalega mi w głowie już od ponad miesiąca.
Niedługo rozdział 18, a że mój blog osiągnie w tedy "pełnoletniość" szykuję niespodziankę ;)
Pozdrawiam moje siostrzyczki! :** Madziu i Sophie- kocham was :)
P.S> Baaaardzo dziękuję za wszystkie komentarze i z gorąco witam nowe czytelniczki ;D
Zeszłam na dół po drewnianych,
zimnych schodach. Moje gołe stopy przyjemnie muskał chłód, który
od nich bił, a moje nozdrza pieścił smakowity zapach naleśników.
„Śniadanko!”-pomyślałam i uśmiechnęłam się pod nosem.
Kiedy moje nogi zanurzyły się w miękkim, puszystym dywanie,
skręciłam w prawo-do kuchni.
Gdy tylko przeszłam przez próg
powitało mnie pięć szerokich uśmiechów.
-Witamy śpiącą królewnę!-odezwał
się Liam, a ja bez słowa dosiadłam się do dużego, kawowego
stołu. Poprawiłam białą, wymiętą serwetkę leżącą przede mną
i jęknęłam:
-Głooodna jeeestem.
Naillerek zaśmiał się cicho i
postawił przede mną obfitą porcję naleśników z bitą śmietaną
i dżemem truskawkowym. Mmm... Pycha! Łapczywie zabrałam się do
jedzenia.
Kiedy kończyłam już powoli
konsumowanie zawartości mojego, nie małego, talerza Louis rzekł:
-No... Jak skończysz leć na górę
się ubrać, bo spóźnisz się do szkoły.
Jak to usłyszałam, to o mały
włos nie zadławiłam się naleśnikiem. Ale że jak to-do szkoły?!
I ja nic o tym nie wiem?! Przecież nic nie mam! Żadnych przyborów,
wszystko zostało w Holmes Chapel!
Harry widząc moją reakcję na
słowa Lou wybuchnął przeraźliwym śmiechem. Niemal tarzał się
na krześle, w skutku czego, w końcu z niego spadł. Bolesne
lądowanie na niezbyt miękkich panelach, jednak nie zniechęciło go
do dalszego nabijania się ze mnie. Cały on! Zawsze lubił się
pośmiać... Przypomniała mi się mama pamiętnego dnia, kiedy to
weszliśmy z samego rana do kuchni, wracając z dachu. Siedziałam
wtedy u Hazzy na plecach, a kiedy moja rodzicielka nas zobaczyła,
zareagowała niemal tak samo jak Harold. Ach... Dobre czasy...
Wstałam od stołu i stanęłam nad
Lokowatym, spoglądając na niego z góry i krzyżując ręce na
piersiach.
-Nie ładnie się tak ze mnie śmiać
panie Styles- powiedziałam i uśmiechnęłam się cwaniacko.
Widząc, że Harry nie robi sobie
nic z moich POWAŻNYCH słów kucnęłam obok niego i spojrzałam się
tajemniczo. Po chwili już leżałam na nim gilgocząc go bezlitośnie
tak, że śmiał się jak opętany. Zaczęliśmy się turlać po
podłodze nawzajem się „torturując”. Chłopcy nie mogli nas
uspokoić, ponieważ oboje za wszelką cenę chcieliśmy wygrać tą
zaciętą bitwę. Raz ja byłam górą, raz on... i tak na zmianę. W
końcu uderzyłam głową o jedną z drewnianych, rzeźbionych
szafek.
Hazza chyba trochę się
przestraszył, bo przestał się śmiać i spojrzał się na mnie z
troską wymalowaną na twarzy. Ja niezbyt przejęłam się tym
zdarzeniem, bo zdołałam wydusić tylko ciche „ała” przez
śmiech i opadłam zmęczona na podłogę koło Loczka. „Łeb to ty
masz twardy kobito”-jak to mówił mój tata jak byłam jeszcze
mała.
***
-Too- odezwałam się
schodząc ze schodów z Haroldem-Do jakiej szkoły idziemy?
Szczerze mówiąc
irytowało mnie to, że nawet nie raczyli mnie o niczym poinformować
wcześniej. Fakt, Harry mówił, że się tym zajmie, ale myślałam,
że ja też mam na to jakiś wpływ, a nie, że oni wszystko za moimi
plecami zorganizowali.
-Najlepszej-odpowiedział na
moje pytanie Harold i uśmiechnął się tajemniczo.
Nic już nie mówiąc
zeszliśmy na dół, gdzie po chłopakach nie było śladu. Myślałam,
że zawiozą nas chociaż pod budynek, ale widocznie się myliłam.
Może to blisko i pójdziemy pieszo? A może po prostu są zajęci? W
sumie, to lubię spacery,więc mi to nie przeszkadza.
Ku mojemu kolejnemu już
zdziwieniu, Harry zamiast skręcić na przedpokój, poszedł w
odwrotnym kierunku. Bez zbędnych pytań podążyłam za nim. Pewnie
coś tam jeszcze zostawił... Torbę w prawdzie miał przewieszoną
przez ramię, ale może zapomniał spakować jakiejś książki? Kto
to wie co ten wiecznie chodzący z głową w chmurach człowiek
wymyślił?
Doszliśmy na koniec
„holu”, jeśli mogę tak nazwać długi korytarz, z czerwonymi
ścianami i ciemną podłogą, ozdobiony przeróżnymi zdjęciami i
obrazkami w ozdobnych rameczkach, rodziny, przyjaciół i członków
One Direction we własnej osobie. Na początku zdziwił mnie fakt, że
jedna moja fotografia z czasów podstawówki również wisi w
„honorowej galerii” tego domu. Później doszłam do wniosku, że
przecież jestem kuzynką Liama i mam prawo tam wisieć, nie?
Stanęliśmy przed
drzwiami z jasnego drewna, na których ktoś pozwolił sobie
zawiesić, jakże orginlną tabliczkę z napisem „sala 007”.
-Uuu! Jak James
Bond-zaśmiałam się, a Harry razem ze mną.
Brązowo-włosy nacisnął
metalową klamkę i moim oczom ukazał się sporawy pokój, z różnymi
regałami na książki dosuniętymi pod ściany, dużym oknem na
równoległej do wejścia ścianie i dwoma ławkami na środku oraz
biurkiem, za którym siedział osobnik w błękitnej koszuli w kratkę
i czarnej muszce. Kiedy nas spostrzegł podniósł głowę znad
książki i uśmiechnął się promiennie, zapraszając nas wzrokiem
głębiej. Jak się okazało był to Liam.
-Dzień dobry panie Payn-
powiedział Harold siadając w ławce bliżej okna. Skubany! Ja
chciałam tam usiąść! Foch Forever!
Idąc w ślady
przyjaciela również zajęłam miejsce na niewygodnym krzesełku i
ze zdziwieniem wpatrywałam się w „pana Payna”-jak to określił
mój przyjaciel.
Lokowaty rzucił swoją
czarną torbę pod ławkę, uprzednio wyjmując z niej dwa zeszyty i
parę piórników. Podał mi połowę swojego „sprzętu” i
uśmiechnął się triumfalnie, jakby był dumny, że spakował
wszystko co było potrzebne.
-To jest ta twoja „najlepsza
szkoła”?-spytałam pochylając głowę w stronę Harrego.
Ten tylko kiwnął
twierdząco i nie spuszczając wzroku z Liama zaczął coś gryzdać
na końcu zeszytu. No tak! Przecież Styles nie usiedzi w miejscu
więcej niż minutę...
-Dzisiaj zajmiemy się
biologią-odezwał się 'nauczyciel'. Mogłam się tego spodziewać!
W końcu mój kuzynek to umysł ścisły, w przeciwieństwie do mnie,
bo ja nie jestem w niczym dobra. No... lubię grać na gitarę i
trochę śpiewam ale nie uważam, żeby mi to wychodziło jakoś
szczególnie dobrze.
***
-Proszę pana-podniosłam
rękę wymachując nią na prawo i lewo, co miało być „zgłaszaniem
się”, ale raczej co najwyżej to przypominało-Mam pytanie.
Liam spojrzał na mnie
dumny z tego, że zdołał nas nauczyć, że chcąc coś powiedzieć
musimy najpierw podnieść rękę, pomimo iż nasza klasa liczy dwie
osoby.
-Tak panienko?-mówiąc to
zrobił swoją „mądrą minę” co wyszło mu przezabawnie.
-Dlaczego Ja i Harry
dostajemy głupawki po nadmiernej dawce witamin?-uśmiechnęłam się
słodko.
-A dlaczego tak sądzisz?
-Bo jak wypijemy soczek w
kartoniku to zachowujemy się jak ludzie „niepełno-sprytni”-odparłam.
-To nie za sprawą
witamin-zaśmiał się pod nosem-a raczej przez te wszystkie
barwniki, które dodają do tych soczków. Wiecie 'E' coś tam coś
tam...
-Widzisz?!-krzyknęłam na
niego. Jego zdezorientowana mina sprawiła, że o mały włos nie
wybuchłam śmiechem.-Zniszczyłeś całą magię!
***
Weszliśmy do
prowizorycznej klasy. Teraz, jeśli dobrze mi wiadomo, ma się odbyć
lekcja angielskiego. Uwielbiam czytać książki i wiersze, za to
nie cierpię ortografii, więc moje uczucia były mieszane. Zajęliśmy
miejsca w ławkach. Spojrzałam na „nauczyciela”. Zdziwiłam
się, nie powiem. Ale kto by się spodziewał, że nauczycielem
takiego „poważnego” przedmiotu, może okazać się ktoś taki
jak Zayn Malik? W ogóle żaden z członków One Direction nie
powinien nigdy trafić do grona pedagogicznego. Nie wyobrażam sobie
co mogłoby się dziać na ich lekcjach. Ja z Harrym to jeszcze pół
biedy, ale jakby mieli okiełznać więcej nie ogarniętych dzieci...
Podejrzewam, że to ich uczniowie musieli by przywracać do porządku.
Zaczęła się lekcja.
Wyjęliśmy zeszyty i zapisaliśmy temat, następnie czarno-włosy
wziął ze swojego „nauczycielskiego” biurka jakąś książkę i
zaczął czytać:
-”(...) Miłość
cierpliwa jest,
łaskawa jest.
Miłość nie zazdrości,
nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
nie dopuszcza się
bezwstydu,
nie szuka swego,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego;
nie cieszy się z
niesprawiedliwości,
lecz współweseli z prawdą.
Wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy,
we wszystko pokłada
nadzieje,
wszystko przetrzyma.
Miłość nigdy nie ustaje
(...)”
Doskonale znałam ten
fragment listu do Koryntian z Biblii Tysiąclecia. Recytowałam go w
myślach razem z Malikiem, ukradkiem spoglądając na lokowatego
przyjaciela. Przy każdym słowie wypowiedzianym jedwabistym głosem
„nauczyciela” czułam jak po plecach przechodzą mi ciarki, a w
okolicach serca rozlewało się przyjemne ciepło. Kochałam to.
Kochałam ten utwór bezwarunkowo i nadal kocham. Za każdym razem
kiedy go słyszę chce mi się jednocześnie śmiać i płakać. Tyle
uczuć zawartych w kilku zdaniach. Zdaniach nie kończenie autorstwa
ludzkiego. Przelanych na papier człowieczą ręką pod czujnym okiem
Boga.
Dlaczego tak bardzo
kocham wszelką poezję i twórczość? Hm... Może dla tego, że
każdy może wyobrazić i zinterpretować ją jak chce. Każdy
rozumie ją inaczej i to jest właśnie piękne. Nigdy dokładnie nie
wiadomo o co chodziło jej autorowi i dlatego jest taka tajemnicza.
Pełna zagadek.
***
Czy ja mam deja vu?
Trzeci raz już dzisiaj przechodzę przez próg „sali 007”.
Trzeci raz się zastanawiam, gdzie pozostałe sześć klas i ile
jeszcze ten dom skrywa przede mną tajemnic. Trzeci raz siadam w
ławce dalej okna, bo sprytny pan Styles zwinnie wcisnął się do
pomieszczenia przede mną. Trzeci raz zapowiadała się ciekawa
lekcja. Nie to co w szkole,co nie?
-Dzień dobry-odezwał się
„nauczyciel” wchodząc do sali. Na tej godzinie wyjątkowo to my
byliśmy pierwsi i już po chwili poznałam powód tego incydentu.
Moim oczom ukazał się
rumiany blondyn z kanapkę w ręku i wygniecioną koszula w podłużne
paski. Usiadł na krześle za drewnianym biureczkiem i spojrzał na
nas przyjaznym wzrokiem.
-Od dzisiaj zaczynacie naukę
Irlandzkiego-odezwał się posyłając promienny uśmiech pod naszym
adresem.
-Czy w Irlandii nie mówi
się po Angielsku?-spytałam podejrzliwie mrużąc oczy i ściągając
brwi.
-Dlatego będziecie mieli
ułatwione zadanie-odpowiedział poważnie, ale zaraz po tym już we
trójkę wybuchliśmy nie pohamowanym śmiechem.
***
-Do szatni-rozkazał pan
Tomilson.
Posłusznie udaliśmy się
do naszego pokoju i przebraliśmy w „strój sportowy”, który
składał się ze spodni od dresu i luźnej koszulki.
Kiedy zeszliśmy na dół
Louis już na nas czekał. Bez słowa ubraliśmy trampki i jakieś
bluzy, ponieważ „nauczyciel” oznajmił, że będziemy ćwiczyć
na dwożu. Wyszliśmy przed dom.
-Dziesięć kółek dookoła
domu-oznajmił Lou-tak na rozgrzewkę.
Westchnęłam, ale
zaczęłam biec. Harry dziwnie się na mnie spojrzał, ale podążył
za mną.
Nie powiem, nieźle
wykończyła mnie ta lekcja W-Fu.
_____________________________
Na początek przepraszam, że rozdział dodaję tak późno, ale mój braciszek dorwał się do mojego laptopa, w efekcie czego dysk czyściutki. Wszystkie zdjęcia, opowiadania itp. jakie miałam zapisane na komputerze przepadły, al mówi się trudno...Takie uroki mania młodszego rodzeństwa. Muszę wam też podziękować za te wszystkie miłe komentarze, chociaż trochę jestem zawiedziona, że nie ma żadnej krytyki. Tak. Dobrze przeczytałyście-zawiedziona. Bo niby jak mam poprawić jakość mojego debilnego opowiadania, jak nie wiem jakie błędy popełniam? Trochę mnie to dołuję, bo przecież każdy dąży do doskonałości, a uczy się na błędach.
Muszę wam też zdradzić, że ostatnio jakoś w ogóle mam doła. Dzisiaj odkryłam, że to za sprawą "syndromu czerwonych majtek". Moja mama w Te dni się na wszystkich wkurza, a ja mam doła... Zycie. Chociaż fajnie, że dostałam 5 z opowiadania na Polskim. Straciłam punkty za interpunkcję... Normalka ;D
Chciałabym z całego serca podziękować temu Anonimowi za komentarz. Ciszy mnie, że mam tak wielu czytelników, chociaż na to nie zasłużyłam, bo ostatnio w ogóle nie komentuje waszych blogów. Wszystkie czytam, ale też jestem człowiekiem i ostatnio mam takiego lenia... A po za tym wcześniej już wspomnianego doła.
Chcę się do kogoś przytulić! Liczę na waszą pomoc siostrzyczki ;D TULIMY? :3
Rano obudziły mnie dziwne odgłosy. Zerwałam
się z łóżka zrzucając tym samym kołdrę z Harrego. Zupełnie o nim zapomniałam.
Szybko przykryłam go z powrotem i spojrzałam jak słodko śpi. Na szczęście się
nie obudził. Stałam chwilę zatapiając wzrok w moim przyjacielu, gdy nagle z
dołu znowu dobiegły do mych uszu te dźwięki.
Ubrałam na bose stopy moje puchate kapcie w
króliczki i powoli zeszłam po schodach. Sprawdziłam w salonie, w kuchni, na
przedpokoju. Nigdzie nikogo nie było. Została tylko łazienka. Podeszłam pod
białe drzwi. Teraz słyszałam ten odgłos głośno i wyraźnie i byłam prawie pewna,
co to jest. Zapukałam, jednak nikt mi nie odpowiedział. Postanowiłam wejść.
W wątłym świetle jarzeniówek dojrzałam
pochyloną, chudą sylwetkę mężczyzny. Podeszłam bliżej, ponieważ z rana mój
wzrok nie był doskonały. Ową postacią okazał się Nailler. Stał nad umywalką,
ledwo trzymając się na nogach. Był strasznie blady. Objęłam go ramieniem.
-Brzuch mnie boli-wychrypiał
słabym głosem.
-Chodź-wzięłam go pod ramię i
zaprowadziłam do salonu. Położyłam go na kanapie, która swoją drogą była
strasznie wygodna, nie to co u mnie. Poszłam na górę po jakieś poduszki, koc i
termometr, a kiedy wróciłam go już nie było. Położyłam wszystkie rzeczy na
podłodze i zaczęłam go szukać. Znalazł się w łazience. Znowu.
-Może masz gorączkę?-spytałam
cicho i ponownie zaprowadziłam blondyna do salonu. Ułożył się na sofie, a ja
przykryłam go starannie błękitnym kocem z Myszką Miki i wsadziłam pod pachę
termometr. Pogładziłam delikatnie jego farbowaną czuprynę i udałam się do
kuchni zaparzyć ciepłą herbatę.
Wróciłam do salonu z dwoma kubkami gorącej
cieczy i usiadłam na dywanie. Wzięłam od Nialla termometr. Dziwne. Nie ma
gorączki. A wgląda tak słabo…
***
-Hej Ludzie!-przeraźliwy krzyk
dobiegający ze schodów ranił moje
wrażliwe uszy.
Szybko zerwałam się z podłogi i przetarłam
zaspane oczy. Musiało mi się przysnąć kiedy pilnowałam Naillera. Spojrzałam w
stronę owego krzykacza i okazało się, że to Louis. No tak! Kto inny byłby taki
głupi?!
-Cicho!-syknęłam karcąc go
wzrokiem.-Bo obudzisz Nialla.
Loui wzruszył tylko ramionami dziwnie się
na nas patrząc i ruszył do kuchni. Chwilę stałam w miejscu zdziwiona obojętnością
zwykle ciekawskiego „pana marchewki”, jednak on znów postanowił zmącić poranny
spokój.
Otworzył z hukiem drzwiczki od szafki
wiszącej nad kuchennym blatem. Zdenerwowana wyszłam z salonu i podeszłam do
pasiastego. Lustrowałam go czujnym wzrokiem, ale on nic sobie z tego nie robił.
Wyciągnął paczkę płatków czekoladowych i ponownie trzasnął drzwiczkami, tym
razem robiąc jeszcze większy hałas niż wcześniej. Pacnęłam się z otwartej dłoni
w czoło iż niedowierzaniem pokręciłam głową.
Ja go nigdy nie zrozumiem! Czy on robi mi
na złość, czy naprawdę jest taki głupi?!
Nagle z salonu dobiegło mnie skrzypnięcie.
Pobiegłam tam zostawiając tego idiotę samego. Zobaczyłam wyciągającego się na
sofie Nialla. Widocznie to kanapa tak trzeszczy…
-Jak się czujesz?-spytałam ciepłym
głosem kucając koło blondyna.
-Dobrze-odpowiedział i szeroko
się uśmiechnął, jakby nie pamiętał co stało się kilka godzin wcześniej.
***
Ledwo otworzyłam drzwi i przeszłam przez
próg, a ze środka dobiegły mnie… No właśnie. Nic mnie nie dobiegło. Cisza jak
makiem zasiał. Nie pewnie weszłam dalej i udałam i się do kuchni. Postawiłam
zakupy na blacie i zakładając ręce na biodra mruknęłam do siebie:
-No pięknie! Nie dość, że sama
musiałam iść na zakupy, żeby mieli co jeść, to jeszcze sama musiałam je nieść i
teraz nawet nikt mi tego rozpakować nie pomoże.
I zajęłam się wyciąganiem produktów z
siatki. Kiedy już skończyłam, postanowiłam udać się do mojego pokoju. Weszłam
po schodach na górę. Było tak cicho, że wydawało mi się, że odgłos moich butów
odbija się echem po całym domu.
Stanęłam przed drewnianymi drzwiami
prowadzącymi do sypialni i już miałam złapać za klamkę, kiedy do moich uszu
doszły niezrozumiałe fragmenty rozmowy.
-No ładnie-pomyślałam.-Ja tu
się trudzę i zakupy robię, a oni sobie bezczelnie plotkują beze mnie.
Otworzyłam drzwi i moim oczom ukazał się
obraz Harrego krążącego po pokoju, z głupawym uśmieszkiem i telefonem przy
uchu.
-Tak, tak. Masz całkowitą
rację-powiedział do osoby z którą rozmawiał.
-Gdzie wszyscy?-spytałam nie zważając
na to, że niegrzecznie przerywać komuś rozmowę.
-Godzina „F”-szepnął tylko i
wrócił do poprzedniego zajęcia.
Wzruszyłam ramionami i wyszłam z pokoju, nie
chcąc mu dalej przeszkadzać. Kompletnie nie wiedziałam co to jest ta ”godzina F”.
Postanowiłam spytać się Liama, niestety jak się później okazało on też rozmawia
przez telefon. Udałam się więc do pokoju Naillera, ale on też pochłonięty był
rozmową. „Jak wszyscy to wszyscy”-pomyślałam i wyciągnęłam komórkę z kieszeni.
Wybrałam numer do mamy.
-Hej mamo!-odezwałam się, kiedy
do moich uszu dobiegło charakterystyczne „Hallo” mojej rodzicielki.
-O! Cześć córciu! Jak
tam?-spytała.
-A dobrze-uśmiechnęłam się do
słuchawki.
-Jak szkoła?-i tym pytaniem
kompletnie zbiła mnie z tropu.
Zupełnie o tym zapomniałam! Jaka ja głupia
jestem!
-Spoko! Wiesz, ja muszę już
kończyć odezwę się później-rozłączyłam się zanim mama zdążyła coś powiedzieć. Przyznaję
się-spanikowałam. Ale co miałam powiedzieć? Że jeszcze o tym nie myślałam i że
całymi dniami się lenie? Wykluczone!
***
„Fakt numer #1
Jeśli zapukasz do domu One Direction
w godzinę F (18:00-18:30), możesz być
pewny, że nikt ci nie otworzy. W całym domu nie widać, ani słychać żywej duszy.
Jedynie w pokojach domowników toczy się ożywiona dyskusja. Godzina F, jak się
dowiedziałam, jest to godzina dzwonienia do rodziny (Family). Wiadomo mi również,
że chłopcy praktykują ten zwyczaj od czasów X-Factor`a”
Odłożyłam długopis na stolik nocny, a
pamiętnik włożyłam do szufladki. Zgasiłam lampkę nocną i szczelnie przykryłam
się kołdrą. Zamknęłam moje ciężkie już powieki…
_____________________________
Hej! Hej! Hello! Sorki, że musieliście tak długo czekać na rozdział, ale sami wiecie jak to było...Muszę się przyznać, że dzisiaj kiedy miałam pisać oglądałam "Gangam Style". Cała ja! Ha ha ha
O! Patrzajcie co znalazłam ;) :
Spoko, co nie? Tak że, do następnego rozdziału!
A! I baaaaaaaaaaaaaaaaaaaardzo dziękuję za wszystkie komentarze! Pozdrawiam wszystkich czytelników, a szczególnie moje siostry-Madzie i Sophie! Buziaczki dla was i oby więcej takich rozmów w komentarzach ;)
-Masz to?-spytał cicho Harry przeszukując
wszystkie szuflady i szafki, gdy tylko weszłam do kuchni.
-Tak-uśmiechnęłam się do niego
najładniej jak umiałam-A ty?
-Nieee-powiedział smutny nie
przerywając swojego wcześniejszego zajęcia-Mam!-krzyknął szczęśliwy kiedy
znalazł to czego szukał. Biegał teraz po pomieszczeniu tańcząc swój przedziwny
taniec szczęścia i wymachując sztućcem na wszystkie strony.
-Ciszej-skarciłam go
przytykając palec do ust. Bałam się, że ktoś nas usłyszy i przyjdzie sprawdzić
co się stało. Tak się jednak nie stało. Widocznie hałas i dzikie okrzyki były w
tym domu na porządku dziennym.
Weszliśmy oboje, jakby nigdy nic, do
salonu, gdzie siedział Liam oglądając jakiś program w telewizji. Na szczęście
nie zauważył nas. Schowaliśmy się za dużą kanapą, tak, że z sofy na której
siedział nasz „cel” nie było nas widać. Włączyłam kamerę chłopców, którą
trzymałam w ręce i podałam Harremu. Ten skierował obiektyw na mnie i zaczął
nagrywać.
-Witam wszystkich! Tu Julay i
Harry! Dzisiaj będziemy testować cierpliwość mojego kuzyna-Liama-powiedziałam
szeptem. Telewizor był włączony tak głośno, że miałam pewność, że ten, kto nie
ma tego usłyszeć , nie usłyszy.
Hazza skierował urządzenie tak, by dobrze
było widać Payna. Wzięłam od niego „narzędzie zbrodni” i starannie wycelowałam
w „ofiarę”.
-Trzy… Dwa… Jeden…-zaczęłam
odliczać i rzuciłam łyżką w kuzyna. Ten złapał się za ramię, w które trafiła i
jęknął:
-Ała!
Następnie zaczął się rozglądać, kto go
zaatakował i kiedy nikogo nie zobaczył począł oglądać przedmiot którym go
„postrzelono”. Kiedy zorientował się, że to łyżka gwałtownie wstał z kanapy i
wymachując na wszystkie strony rękoma biegał wokół sofy. Zwabiony krzykiem
Louis wkroczył do salonu, a Liam pisnął na jego widok i wybiegł z domu. Loui
tylko wzruszył ramionami przeszedł do kuchni. Ja i Hazza wybuchliśmy
niepochamowanym śmiechem.
Kiedy już się trochę opanowaliśmy wstaliśmy
jakby nigdy nic z podłogi, po której przed chwilą się turlaliśmy i poszliśmy w
ślady Tomilsona.
Zastaliśmy go siedzącego przy stole i
wcinającego marchewkę. Harold przysiadł się koło niego i pokazywał filmik,
który przed chwilą nakręciliśmy. „Gość od marchwi” śmiał się tak mocno, że
prawie spadł z krzesła.
-Gówno! Skąd się wzięła tamta
łyżeczka?!-nakrzyczał na niego wchodzący do kuchni Liam.
-Jaka łyżeczka?-udawał, że o
niczym nie wie.
-Jaka łyżeczka? Jaka łyżeczka? Ta
potworna łyżeczka!!-zbulwersował się mój kuzyn.
-Wyluzuj!-powiedziałam.-Przyznaj,
że śmiesznie wyglądałeś biegając po mieszkaniu i piszcząc jak
panienka-zaśmiałam się.
-Ty-wskazał na mnie palcem.
-My-odpowiedział Harry
obejmując mnie ramieniem.
-A wszyscy w rodzinie myśleli,
że to tylko dziecięca fobia i nikt nie ruszył dupska, żeby iść z tobą do
psychologa-poklepałam Payna po ramieniu-A mówiłam im! To nieee, bo po
co?-podniosłam ręce do góry w geście niewinności i uśmiechnęłam się słodko.
Mój kuzynek westchnął i wyszedł z kuchni.
Zaraz za nim Louis, który chyba się obraził, że to my wpadliśmy na coś tak
genialnego, a nie on. Spojrzałam się na wesołą twarz Harrego i zatopiłam w jego
tęczówkach. Kiedy spostrzegł, że mu się przyglądam uczynił
to samo.
-Twoje oczy…-zaczęłam i
uśmiechnęłam się przyjaźnie-są jak kisiel jabłkowy…
-Lubię kisiel-uśmiechnął się
jeszcze szerzej.
-Ja też-odwzajemniłam gest i
wspólnie zaczęliśmy sobie przygotowywać podwieczorek, którym oczywiście był
kisiel. Jabłkowy. Jak oczy Harrego Stylesa.
______________________
Hmmm... Lubię kisiel ;) Krótki, ale cóż... trudno ;)
Muszę wam zdradzić, że mam w zeszycie taki plan wydarzeń do każdego rozdziału i ten miał tytuł: "Zamach na Liama" Ha ha ha XD
Ciepłe promienie jesiennego słońca muskały
moją twarz. Nie chętnie otworzyłam zaspane oczy i ziewnęłam głośno. Podniosłam
się leniwie do pozycji siedzącej i przeciągnęłam niczym rasowy kot. Przetarłam
dłońmi oczy i rozejrzałam się po pokoju. Coś tu nie gra… To nie mój pokój!
Rozejrzałam się jeszcze raz i zobaczyłam Harrego… śpiącego na dywanie?! W jednej
chwili przypomniał mi się cały wczorajszy dzień.
Ale co robi Hazzuś na dywanie?! Przecież,
kiedy wczoraj zasypiałam, leżał obok mnie. Wygrzebałam się z pod fałdów grubej,
zimowej pierzyny i stanęłam gołymi stopami tuż obok głowy przyjaciela. Miękkie
włosie przyjemnie muskało moje palce. Ukucnęłam i zaczęłam szturchać Lokowatego.
Ten powoli, powoli, ale się budził. Gdy w końcu otworzył te swoje śliczne,
hipnotyzujące, zielone oczka spytałam cichym, ciepłym głosem:
-Harry, co ty robisz na
dywanie?
Loczek podniósł się na łokciach, przetarł
patrzałki, ziewnął leniwie i odezwał się porannym głosem:
-Co?
-Czemu spałeś na
dywanie?-ponowiłam pytanie.
-Nie wiem-odparł wzruszając
ramionami.-Musiałem spaść w nocy-dodał.
-Acha-powiedziałam i wstałam.
Wyciągnęłam z jeszcze nie rozpakowanej
walizki bluzkę w paski z długim rękawem, szare rurki, bieliznę i różowe
skarpetki z dniem tygodnia i z takim zestawem wyszłam na korytarz, by następnie
udać się do łazienki.
***
-Chodź!-zawołałam ciągnąc
Harrego na przedpokój.
-Ale gdzie?-spytał.
-No na dwór!-powiedziałam
oburzona nie domyślnością przyjaciela.-Taka ładna pogoda… nie będziemy siedzieć
w domu!-odparłam beztrosko, zakładając znoszone już różowe trampki. Założyłam
ulubioną bluzę i spojrzałam z politowaniem na Hazze męczącego się ze
sznurówkami swoich butów.
-Jak z dziećmi-westchnęłam i
schyliłam się by zawiązać mu buty.
-Były strasznie poplątane te
sznurówki-powiedział na swoją obronę , gdy skończyłam.
-Wystarczyło pociągnąć-rzekłam
rozbawiona jego dziecinnością-Nie moja wina, że nie rozwiązujesz butów
ściągając je, tylko zostawiasz takie i potem się plączą.
-No dobra, dobra… Chodź
już!-powiedział zrezygnowany i pociągnął mnie do ogrodu.
Ruszyliśmy na tył budynku. Widziałam przez
okno w którymś z pokoi, że stoi tam huśtawka i basen.
-Chyba nie będziemy się kąpać?-spytał
jakby nie pewny i trochę wystraszony Harry.
-Nieeeee. Będziemy się
huśtać!-krzyknęłam podekscytowana, a to wszystko za sprawą oczywiście jakże
cudownego urządzenia.
Podbiegłam do niego i szybko usiadłam.
Zaczęłam rytmicznie ruszać nogami w przód i wtył, w przód i w tył, w przód i w
tył… W związku z czym w końcu huśtałam naprawdę wysoko. Harry stanął
naprzeciwko mnie, aczkolwiek w bezpiecznej odległości z rozbawieniem patrząc
ile frajdy daje mi taka zabawa.
Patrzyłam
to na basen, połyskujący w słońcu, to na uśmiechniętego Loczka stojącego
pomiędzy nim, a huśtawką. Wiatr rozwiewał moje przydługie, blond włosy, a ja
znowu czułam się jakbym miała pięć lat. Taka błogość w sercu i uczucie, że nie
muszę się o nic martwić. Przymknęłam oczy i momentalnie naszły mnie wspomnienia
z przeszłości. W głowie pojawiały się po kolei wszystkie cudowne, kolorowe
obrazy dzieciństwa, aż w końcu doszłam do wspomnienia tamtego dnia w
piaskownicy…
-Mam pomysł!-głos Harrego
wyrwał mnie z transu-Skocz, a ja cię złapie.
-Chyba cię coś boli!-odkrzyknęłam
i stanowczo pokręciłam głową.
-No weź! Będzie fajnie!-nie
dawał za wygraną, a ja doszłam do wniosku, że rzeczywiście jeszcze nigdy czegoś
takiego nie próbowałam i może być ciekawie.
-Dobra-powiedziałam niby
zrezygnowana- Ale się przygotuj.
Hazza pokiwał głowa na znak, że jest gotów
i rozłożył szeroko ramiona. Stanął w rozkroku i zaczął odliczać:
-Trzy… Dwa… Jeden!
W tym momencie puściłam się huśtawki, a pęd
powietrza wypchnął mnie do przodu. Poczułam się niesamowicie. Wyobraziłam
sobie, że jestem Adamem Małyszem (od aut: Nie znam żadnego angielskiego skoczka
;D). Jednak moja wizja nie trwała długo, bo momentalnie znalazłam się w wątłych
ramionach przyjaciela. Chyba nie był taki silny, za jakiego się uważał,
ponieważ ciężar mojego ciała powalił go do tyłu, w efekcie czego oboje
znaleźliśmy się w objęciach lodowatej wody basenu.
Poczułam, że coś łapie mnie w pasie, a
następnie ciągnie w górę, nad powierzchnię życiodajnej cieczy. Zaczerpnęłam
głęboki łyk powietrza i spojrzałam na owego „ktosia”. Był nim oczywiście Harry.
Widząc jego lekko przerażoną minę z domieszką skrępowania, wybuchłam
przeraźliwym śmiechem. Lokowaty poszedł w moje ślady i teraz oboje byliśmy w
doskonałych nastrojach.
-Uwielbiam pływać-odezwał się
pierwszy.
-A ja nie-powiedziałam nadal
się uśmiechając.
-Wiem-odrzekł i puścił mi
oczko.
Uśmiechnął się cwaniacko i ponownie złapał
mnie w pasie. Popłynął ze mną do brzegu i wspólnie wyszliśmy na starannie
obstrzyżony trawnik. Niczym pieski pozbyliśmy się nadmiaru wody na ciele,
ochlapując wszystko do o koła i raźnym krokiem skierowaliśmy się do domu.
-Aż tak pada?-powitał nas Liam
już od progu. Spojrzał w okno i ujrzawszy piękną pogodę, nieco się zdziwił.
-Oni tylko wpadli do
basenu-odparł beznamiętnie Loui wychodzący z kuchni z kamerą w ręku. Czyżby on
nas widział?!
_________________________
Hej MIŚKI! Dzisiaj dodaję rozdział tak wcześnie, bo uciekłam ze szkoły! Ha ha! Nie no, żartuje. Po prostu nie miałam dzisiaj kółka plastycznego :) A wczoraj byłam na wolontariacie w przedszkolu. Matko, jakie słodziaki! Na przykład Fabianek, którego można było gilgotać, Mati, który nie chciał nic zjeść, Zuzia gaduła (my Zuzie mamy to we krwi), Pati, która ciągle chciała malować, Agusia, która była ciągle śpiąca i Milenka pchająca się mi na kolana. Mówię wam! Kocham te słodziaki! Miałam być tam z Adą do 16., ale zostałyśmy do 17. Zasiedziałysmy się godzinkę ;)
A co tam u was? What about you? ;D What are your favorite school subject? ;)
POZDRAWIAM WAS WSZYSTKIE I BAAAARDZO DZIĘKUJE ZA KOMENTARZE. I TE DŁUUUGIE I TE TROCHĘ MNIEJ :)
P.S. Jutro na pewno napiszę, bo kończę wcześnie z okazji dnia nauczyciela :)
Przeszedłem przez furtkę i od razu
poczułem, że ktoś ciągnie mnie za rękaw. Za nim się obejrzałem byłem już w
ciepłym domu.
-Martwiłam się o
ciebie-marudziła blondynka ściągając mi płaszcz. Od razu zrobiła mi się jakoś cieplej
na sercu po tych słowach. Ona martwiła się o mnie. O mnie nie o Liama!
-Byłem tylko na
spacerze-burknąłem obojętnie, chodź w środku skakałem z radości, że Julay się
mną interesuje.
-Mogłeś chociaż
powiedzieć-mruknęła i wtuliła się w mój gruby, granatowy sweter-Więcej tak nie
rób.
Już się bałem, że nikt nie zauważył, że
mnie nie było, a tu taka miła niespodzianka. Pokiwałem tylko w odpowiedzi głową
i zabrałem się za ściąganie butów. Piegowata poszła do salonu, a ja jeszcze
ułożyłem sobie szybko potargane loki i poszedłem za nią.
Na kanapie siedziało całe towarzystwo,
nawet Louis i Darcy. Gdy tylko przekroczyłem próg pokoju wszyscy się do mnie
uśmiechnęli i zaprosili ruchem ręki na kanapę. Usiadłem pomiędzy Niallem, a
Liamem.
-To ja pójdę odgrzać ci
obiad-zwróciła się do mnie dziewczyna.
Gdy tylko wyszła blondasek zaczął plotkować:
-To jest TA Julay?
Przytaknąłem i uśmiechnąłem się szczerze.
-Nie dziwię, że ci się
podoba-odparł.
-No… jest prawie taka sama jak
Liam-dodał Loui.
-Wcale, że nie!-zaprzeczyłem
szybko, ale widząc zdziwione spojrzenia przyjaciół dodałem-Jest ładniejsza.
-No, ale przyznaj, że są
podobni. W końcu to prawie rodzeństwo-bronił się Louis.
Odruchowo przyznałem mu rację. Zaraz… Co?!
Jakie PRAWIE rodzeństwo?! O co tu chodzi?! Wytrzeszczyłem oczy ze zdziwienia,
gdy do salonu wkroczyła Julay z dwoma talerzami pełnymi jedzenia.
-Uważaj, bo ci gałki oczne
wypadną- zaśmiała się.
Skrzyżowałem ręce i spytałem oburzony:
-Czy ja o czymś nie wiem?
Blondynka spojrzała na mnie zdziwiona.
Widząc, że nie wie o co chodzi wskazałem ruchem głowy na Liama, a następnie na
nią.
-Aaa… o to chodzi-powiedziała
pod nosem, jakby do siebie-Liam to mój kuzyn-mówiąc to wcisnęła się po między
mnie, a wcześniej wymienionego i postawiła obiad na stoliku przed nami.
-Jedzonko!-krzyknął uradowany
blondyn. Teraz wiem, czemu przyniosła dwa talerze, a nie jeden. W przeciwnym
razie z mojego obiadu nie zostało by nic. Byłem tak głodny, że nie myślałem już
o niczym innym, jak tylko o jedzeniu.
OCZAMI JULAY
-Ale jak to kuzyn?-spytał Harry, gdy przeżuł
ostatni kęs obiadu. Wyglądał tak słodko ze zdziwieniem na twarzy.
-No normalnie-powiedziałam
uśmiechając się uroczo. Wytarłam opuszkiem kciuka sos, który został mu w kąciku
ust, a następnie zlizałam. Hazza zaśmiał się cicho i powiedział:
-No opowiadaj!
Ułożyłam się wygodnie na ramieniu Liama, a
Lokowaty jak to miał w zwyczaju na moim. Idąc w nasze ślady Niall położył się
na Haroldzie, a Zayn na nim. Mój kuzyn przygnieciony ciężarem czterech ciał
opadł na Louisa, a ten położył się na Darcy, której chyba niezbyt się to
spodobało, bo miałknęła, a następnie czmychnęła mi na kolana.
-Od czego by tu
zacząć?-zastanawiałam się gładząc kota po mięciutkim futerku.
-Może od tego, że nasi ojcowie
to bracia?-spytał Liam.
-A no tak!-przytaknęłam.-Nasi
ojcowie to bracia-oznajmiłam, na co chłopcy się zaśmiali.
-Utrzymywaliście kontakt po
rozwodzie twoich rodziców?-zagadnął Harry widząc, że nie mogę zebrać myśli.
-No właśnie nie-powiedziałam
zrezygnowana.-Ja i Liam próbowaliśmy, ale rodzina mojego ojca całkowicie się od
nas odcięła, więc nie mieliśmy wyboru.
Harry przytulił mnie lekko, a ja ziewnęłam
przeciągle. Byłam trochę zmęczona po podróży.
-Hazza, może pokażesz Julay jej
pokój?-zwrócił się mój kuzyn do Loczka-Może mieszkać w gościnnym.
-Zwariowałeś?!-krzyknął Harold
gwałtownie siadając, w efekcie czego Niall i Zayn (Ziall) wylądowali na
podłodze. Wszyscy spojrzeliśmy na niego zdziwieni-Ty morderco!
Ja już chyba wiedziałam co chodzi po głowie
Harremu.
-Jak możesz tak
mówić?!-oburzyłam się-Chcesz przepołowić biedną Darcy?!
-No bo…-zaczął wyjaśniać
Lokowty widząc, że nikt nie kuma (no bo w końcu to nie żaby XD)-Przecież Darcy
to nas wspólny kot. A jak jest wspólny, to oboje chcemy go mieć u siebie w
pokoju. A jak będziemy mieli osobne pokoje to będziemy się kłócić u kogo ma
spać Darcy. No i trzeba ją będzie przeciąć na pół-westchnął z powodu nie
domyślności przyjaciół. Zaśmiałam się z jego genialnej wymówki, żebyśmy spali
razem.
-Ale-powiedział stanowczo Zayn,
a wszystkie pary oczu zwróciły się w jego stronę-w pokoju Hazzy jest tylko
jedno łóżko.
-Ale-przedrzeźniał mulata
Loczek-jest też dywan-uśmiechnął się cwaniacko, po czym oboje wybuchliśmy
głośnym śmiechem. Spojrzeliśmy jeszcze raz na zdezorientowane twarze
przyjaciół, wstaliśmy z kanapy i machnęliśmy na nich ręką. Pobiegliśmy szybko
na górę.
______________________
Tak jakoś napisałam rozdział wczoraj i oto jest dzisiaj! I co? Zaskoczeni? Nie sądziliście, że Liam to kuzyn Julay, co? Prawdę mówiąc mieli się spotkać inaczej, ale tak jakoś wyszło... iWiecie, czasem ma się genialny pomysł, a za chwilę przychodzi wam do głowy genialniejszy, a wszystko co się miało później stać (nooo może nie wszystko ;)) trzeba zmienić. Tak było tym razem. Julay miała spotkać Liama gdy trafi do szpitala, ale wykluczyłam pomysł z wypadkiem i tak oto znalazła się w domu 1D. Ale tak szczerze: Jak wam się podoba ten rozdział? Bo mi średnio. Akcja ze wspólnym pokojem ze specjalną dedykacją dla Madzi ;)
To do następnego :* Dziękuję za wszystkie komentarze. Nawet nie wiecie jak bardzo się z nich ciesze i ile tańców radości odtańczam dziennie ;)